sobota, 4 lutego 2017

prologue

prologue;

Na pierwszy rzut oka pomieszczenie wyglądało na przytulne, przepełnione ciepłem. Lśniące bordowe zasłony wpuszczały przez okna odpowiednią ilość światła, tworząc nieco tajemniczą, ale przyjemną atmosferę. Pachniało starymi książkami i cynamonem. 

Chłopak obejrzał się jeszcze raz za siebie, zanim wypuścił z dłoni zdobioną, miedzianą klamkę. Wszedł głębiej, ostrożnie stawiając każdy krok. Czuł się tak, jakby właśnie wpadł w śmiercionośną pułapkę. Mógł jeszcze stąd wyjść. Zostawić pieniądze i wyjść bez słowa, ale to byłoby z jego strony tchórzostwem. 

Westchnął więc cicho i powoli podszedł do jednej z niskich berżerek, obitych czymś, przypominającym niedzielne obrusy. Usiadł na krańcu fotela, dłonie układając równo na swoich kolanach, i po raz kolejny rozejrzał się po małym saloniku. 

Wiktoriański styl, w jakim pokój był wystrojony, zapewne nie był przypadkowym wyborem, czy też kaprysem właścicielki gabinetu. Głęboka czerwień w połączeniu ze złotymi dodatkami wydawała się być wyjątkowo kojąca i w pewnym stopniu magiczna. 

Uwagę mężczyzny przyciągnął ogromny kominek, zajmujący prawie połowę jednej ze ścian salonu. Ciemne drewno pokryte było cienką warstwą kurzu, a w środku, ze względu na bezpieczeństwo pacjentów, migotał sztuczny ogień. Dwie jego półki zastawione były drobnymi pamiątkami z różnych zakątków świata. Nie zabrakło wśród nich miniaturowej wieży Eiffla, drewnianych amsterdamskich domków czy japońskiego Maneki-neko. 

Tuż obok kominka stała wysoka półka, zastawiona książkami o wyblakłych okładkach. Wyglądała jak wyciągnięta prosto z muzeum, albo sklepu z antykami. 

Na sąsiedniej ścianie wisiało kwadratowe lustro, oświetlone dwoma lampkami z kloszami, przypominającymi tulipany. Po jego bokach zawieszone były obrazy jakichś mało znanych artystów, a niżej znajdowała się kolejna półka, na której stał świecznik i kilka ramek, w których zamiast zdjęć, widniały zasuszone kwiaty.

Potem jeszcze jedna biblioteczka, tym razem z encyklopediami, słownikami i atlasami, upchanymi prawie na siłę, i biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym stał stary telefon stacjonarny. Taki z tarczą i zawiniętym w sprężynkę kablem. 

- No więc... - zaczęła spokojnie kobieta w fioletowych połówkach. - Czemu pan tutaj przyszedł? - zapytała, chwytając ze stołu gruby notes w linie. 

Mężczyzna spojrzał na nią przelotnie, ale nie odpowiedział na jej pytanie. Pokręcił tylko głową, mrużąc przy tym oczy. Nie był jeszcze na to gotowy i prawdopodobnie nigdy nie będzie, ale nie może całego życia spędzić w łóżku, opłakując coś, czego już nikt nie naprawi. 

- Spokojnie, mamy całą godzinę - powiedziała kobieta, nie okazując ani cienia emocji. Jakby była wypranym z uczuć manekinem.

Między innymi właśnie tego się obawiał. Tego, że zamiast wylać z siebie wszystkie negatywne myśli, zamknie się w sobie i przesiedzi godzinę w milczeniu, za wszelką cenę starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z psychologiem.

Chciał mówić, jednak nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa, jakby czyjeś grube ręce zaciskały się na jego gardle. Nienawidził tego, jednak zdążył się już przyzwyczaić. Mrowienie w palcach, nogi jak z waty, przesuszone oczy i gula w gardle. Nie było na to lekarstwa, musiał z tym żyć. 
 
Próbował zapomnieć, wymazać z pamięci prześladujące go po nocach obrazy. 

Pajda zamrożonego chleba. 

Niedokończona książka.

Puste opakowanie po jakiś dziwnych lekach. 

Te trzy przedmioty pojawiały się w każdym jego śnie. Widział je w ciemnym pokoju, kiedy umysł płatał mu figle. Widział też pozbawione życia ciała, zwisające z sufitu, leżące obok niego w łóżku, stojące nad nim, obserwujące go. 

Wykańczało go to psychicznie od dobrych paru miesięcy. Nieprzespane noce skutkowały ciągłym przemęczeniem. Wyglądał jak śmierć. Wiecznie podkrążone oczy, blada cera, nieprzycinane od zbyt długiego czasu włosy, zniszczone i potargane. Usta miał suche i popękane, prawie sine, a paznokcie poobgryzane. 

Znowu miał ochotę płakać. Skulić się w sobie i wylać z siebie całe hektolitry słonych łez. Jednak tego także nie był w stanie zrobić. Jego ciało całkowicie odmawiało mu posłuszeństwa. 

Zacisnął palce na podłokietnikach fotela i wziął głęboki oddech, próbując stłumić w sobie emocje. Powoli zaczynał boleć go brzuch, jakby szalało w nim stado ciem, albo jakichś innych, równie obrzydliwych owadów. 

Przetarł wilgotne dłonie o spodnie, powoli wypuszczając powietrze z płuc. Nie miał pojęcia ile minut sesji już zmarnował. 

Podniósł głowę, na ułamek sekundy krzyżując spojrzenie z kobietą o niewzruszonym wyrazie twarzy. Wymusił słaby uśmiech i odchrząknął, zanim zdecydował się w końcu odezwać. 

- To miał być tylko zwykły żart...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz