prologue;
Na pierwszy rzut oka
pomieszczenie wyglądało na przytulne, przepełnione ciepłem. Lśniące
bordowe zasłony wpuszczały przez okna odpowiednią ilość światła, tworząc
nieco tajemniczą, ale przyjemną atmosferę. Pachniało starymi książkami i
cynamonem.
Chłopak obejrzał się
jeszcze raz za siebie, zanim wypuścił z dłoni zdobioną, miedzianą
klamkę. Wszedł głębiej, ostrożnie stawiając każdy krok. Czuł się tak,
jakby właśnie wpadł w śmiercionośną pułapkę. Mógł jeszcze stąd wyjść.
Zostawić pieniądze i wyjść bez słowa, ale to byłoby z jego strony
tchórzostwem.
Westchnął więc cicho i
powoli podszedł do jednej z niskich berżerek, obitych czymś,
przypominającym niedzielne obrusy. Usiadł na krańcu fotela, dłonie
układając równo na swoich kolanach, i po raz kolejny rozejrzał się po
małym saloniku.
Wiktoriański styl, w
jakim pokój był wystrojony, zapewne nie był przypadkowym wyborem, czy
też kaprysem właścicielki gabinetu. Głęboka czerwień w połączeniu ze
złotymi dodatkami wydawała się być wyjątkowo kojąca i w pewnym stopniu
magiczna.
Uwagę mężczyzny
przyciągnął ogromny kominek, zajmujący prawie połowę jednej ze ścian
salonu. Ciemne drewno pokryte było cienką warstwą kurzu, a w środku, ze
względu na bezpieczeństwo pacjentów, migotał sztuczny ogień. Dwie jego
półki zastawione były drobnymi pamiątkami z różnych zakątków świata. Nie
zabrakło wśród nich miniaturowej wieży Eiffla, drewnianych
amsterdamskich domków czy japońskiego Maneki-neko.
Tuż obok kominka stała
wysoka półka, zastawiona książkami o wyblakłych okładkach. Wyglądała jak
wyciągnięta prosto z muzeum, albo sklepu z antykami.
Na sąsiedniej ścianie
wisiało kwadratowe lustro, oświetlone dwoma lampkami z kloszami,
przypominającymi tulipany. Po jego bokach zawieszone były obrazy jakichś
mało znanych artystów, a niżej znajdowała się kolejna półka, na której
stał świecznik i kilka ramek, w których zamiast zdjęć, widniały
zasuszone kwiaty.
Potem jeszcze jedna
biblioteczka, tym razem z encyklopediami, słownikami i atlasami,
upchanymi prawie na siłę, i biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym
stał stary telefon stacjonarny. Taki z tarczą i zawiniętym w sprężynkę
kablem.
- No więc... - zaczęła
spokojnie kobieta w fioletowych połówkach. - Czemu pan tutaj przyszedł? -
zapytała, chwytając ze stołu gruby notes w linie.
Mężczyzna spojrzał na
nią przelotnie, ale nie odpowiedział na jej pytanie. Pokręcił tylko
głową, mrużąc przy tym oczy. Nie był jeszcze na to gotowy i
prawdopodobnie nigdy nie będzie, ale nie może całego życia spędzić w
łóżku, opłakując coś, czego już nikt nie naprawi.
- Spokojnie, mamy całą godzinę - powiedziała kobieta, nie okazując ani cienia emocji. Jakby była wypranym z uczuć manekinem.
Między innymi właśnie
tego się obawiał. Tego, że zamiast wylać z siebie wszystkie negatywne
myśli, zamknie się w sobie i przesiedzi godzinę w milczeniu, za wszelką
cenę starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z psychologiem.
Chciał mówić, jednak nie
był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa, jakby czyjeś grube
ręce zaciskały się na jego gardle. Nienawidził tego, jednak zdążył się
już przyzwyczaić. Mrowienie w palcach, nogi jak z waty, przesuszone oczy
i gula w gardle. Nie było na to lekarstwa, musiał z tym żyć.
Próbował zapomnieć, wymazać z pamięci prześladujące go po nocach obrazy.
Pajda zamrożonego chleba.
Niedokończona książka.
Puste opakowanie po jakiś dziwnych lekach.
Te trzy przedmioty
pojawiały się w każdym jego śnie. Widział je w ciemnym pokoju, kiedy
umysł płatał mu figle. Widział też pozbawione życia ciała, zwisające z
sufitu, leżące obok niego w łóżku, stojące nad nim, obserwujące go.
Wykańczało go to
psychicznie od dobrych paru miesięcy. Nieprzespane noce skutkowały
ciągłym przemęczeniem. Wyglądał jak śmierć. Wiecznie podkrążone oczy,
blada cera, nieprzycinane od zbyt długiego czasu włosy, zniszczone i
potargane. Usta miał suche i popękane, prawie sine, a paznokcie
poobgryzane.
Znowu miał ochotę
płakać. Skulić się w sobie i wylać z siebie całe hektolitry słonych łez.
Jednak tego także nie był w stanie zrobić. Jego ciało całkowicie
odmawiało mu posłuszeństwa.
Zacisnął palce na
podłokietnikach fotela i wziął głęboki oddech, próbując stłumić w sobie
emocje. Powoli zaczynał boleć go brzuch, jakby szalało w nim stado ciem,
albo jakichś innych, równie obrzydliwych owadów.
Przetarł wilgotne dłonie o spodnie, powoli wypuszczając powietrze z płuc. Nie miał pojęcia ile minut sesji już zmarnował.
Podniósł głowę, na
ułamek sekundy krzyżując spojrzenie z kobietą o niewzruszonym wyrazie
twarzy. Wymusił słaby uśmiech i odchrząknął, zanim zdecydował się w
końcu odezwać.
- To miał być tylko zwykły żart...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz