sobota, 4 lutego 2017

prologue

"I hate that feeling when you randomly feel depressed... There's no warning, no apparent reason. It just happens."

Wracał do domu sam i wcale nie czuł się z tym dobrze. Po całym parku rozproszone były niewielkie grupki przyjaciół, rozmawiających zaciekle o nieważnych dla Jungkooka rzeczach. O tym, kto z kim chodzi, o tym, jakie gry weszły w zeszłym tygodniu na rynek, o planach na weekend. On jeden szedł szybkim krokiem, tak, jakby ktoś go gonił. Ze słuchawką wetkniętą do prawego ucha, starał się ignorować oceniające go spojrzenia. 

Dwójka dość dobrze zbudowanych chłopców w dresach minęła go, lustrując z góry na dół. Natychmiast spuścił głowę, wsuwając dwa palce w kieszenie swojej oliwkowej kurtki. Nie mógł pozbyć się myśli, że może jednak te jaskrawoczerwone buty, które dopiero co kupił, wcale nie były tak świetne, jak przedtem mu się wydawało. Może sposób, w jaki dzisiaj ułożył swoją grzywkę wcale do niego nie pasował. Może wyglądał jeszcze gorzej, niż zwykle. Może nikt nie chciał mu tego powiedzieć w twarz. 

Wziął głęboki oddech, jeszcze bardziej przyśpieszając kroku. Wsuwał i wysuwał telefon z kieszeni, starając się uniknąć kontaktu wzrokowego z przechodniami. Raz udawał, że pisze SMS-a, raz ściszał muzykę, a raz skakał po utworach, szukając tego, na który akurat miał ochotę. 

Nawet nie musiał się zatrzymywać przed wejściem. W biegu wpisał kod, otwierający drzwi do jego klatki. Zamknął je za sobą delikatnie, żeby nie narobiły hałasu. Nie lubił zwracać na siebie uwagę, więc starał się uniknąć zauważenia za wszelką cenę. Przemykał przed drzwiami sąsiadów tak szybko, jak tylko mógł, przeskakując kilka schodów na raz i modląc się, żeby nie spotkał nikogo po drodze na górę. 

Głosy wydobywające się z mieszkania obok zadziałały na niego lepiej, niż jakiekolwiek dopalacze. Momentalnie wsunął klucz w zamek, przekręcił, błagając, żeby nikt nie usłyszał przekręcającego się zamka, i wślizgnął się do środka. 

Przywitała go cisza. W przedpokoju zrzucił buty, nie schylając się nawet, by je rozwiązać. Plecak zawiesił na gałce kaloryfera, a kurtkę powiesił jak należy, na wieszaku. Po drodze do pokoju, zerknął na zegarek, wiszący w salonie. Dokładnie trzy godziny i dwadzieścia minut wolności. To dość sporo, ale i tak zbyt mało. 

Mimo że w mieszkaniu nie było nikogo, prócz niego, zamknął się w pokoju na klucz. I to na dwa obroty. Wyciągnął spod łóżka półtoralitrową butelkę wody mineralnej, którą męczył już od niedzieli, i upił dwa małe łyczki. Potem wyciągnął z szuflady biurka kanapki, które miał wziąć do szkoły, zawinięte starannie w lśniącą folię. Nigdy nie bierze ich do szkoły, bo są tylko zbędnym ciężarem. Plus, mogłyby się rozwalić, kiedy któryś z dzieciaków rzucałby jego plecakiem po całym korytarzu, więc wolał nie ryzykować późniejszego prania plecaka. Odwinął rogi folii i zaczął rozrywać chleb na mniejsze części. Otworzył okno i położył kanapkę na parapecie. I on, i ptaki, siedzące na gzymsie, uznały to już za rutynę.

Zamknął okno, by zwierzęta nie bały się sfrunąć na parapet i oparł się łokciami o zagłówek swojego łóżka, obserwując drobne ptaszki powoli zbierające się wokół jedzenia.

Wyciągnął z kieszeni słuchawki, w których nadal grała muzyka. Znowu zapomnieć wyłączyć odtwarzacza, kiedy wszedł do domu. Ułożył się wygodnie na materacu, okrywając kocem same stopy. Przymknął oczy, chcąc chwilę odetchnąć. Zapomnieć. 

Od snu dzielił go zaledwie jeden krok, kiedy jego umysł zdecydował, że jednak nie jest zmęczony. Palce chłopca nagle zdrętwiały, jakby ktoś przepuszczał przez nie prąd o wysokim natężeniu. Zginał je i prostował, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, ale to nic nie dawało. Po chwili to samo zaczęło dziać się z jego brzuchem. Jakby ktoś wysysał z niego całe wnętrzności, a potem próbował wepchnąć je na siłę w inne miejsca, niż były poprzednio. 

Zacisnął powieki, łapiąc się kurczowo brzegu pościeli. Nienawidził takich momentów, kiedy ogarniała go bezradność. Wziął głęboki oddech, starając się opanować. 

Nic się nie dzieje. Nie masz się czym przejmować. Jungkook, ogarnij się!

To było tak, jakby ktoś postanowił poukładać na nim cegły, by zobaczyć jak duży ciężar wytrzyma jego ciało. Miał ochotę płakać, ale wiedział, że to byłoby głupie. Nawet nie miał powodu, by płakać. Miał rodzinę, dach nad głową, lodówkę pełną jedzenia. Powinien być wdzięczny za to, co ma, a nie jeszcze narzekać. 

Krótkie, urywane myśli przepełniały jego mózg. Rzucane w jego stronę obelgi. Jimin. Zawód, w oczach rodziców. Jimin. Jedynka jedynka, którą dostał w ciągu ostatnich sześciu lat. Jimin. 

Tak naprawdę, nigdy nie byli "parą", chociaż zachowywali się jak jedna. Co więcej, zachowywali się tak, jakby byli najbardziej idealną parą świata. Nieśmiałe muśnięcia w policzki, głowa Jimina, spoczywająca spokojnie na kolanach młodszego. Niezliczone ilości bezsensownych wiadomości.
Jungkook pamiętał każdy szczegół każdego z ich spotkań, wcale nie nazywanych przed inne dzieci "randkami". Pamiętał jak dobrze się wtedy czuł. Jak cały jego świat skupiał się niezdrowo wokół Jimina, chociaż mieli zaledwie dwanaście lat. 

Teraz, pięć lat od ich ostatniej rozmowy, Jungkook nadal zastanawiał się, co takiego zrobił źle. Szczerze mówiąc, gdyby tylko natrafiła się taka okazja, to pewnie poleciałby do Jimina, błagając go o jeszcze jedną szansę. No tak, gdyby nie był zwykłym tchórzem.

To zabawne, że dwunastoletnie dziecko pokochało inne dwunastoletnie dziecko tak bardzo, że było w stanie oddać własne życie, gdyby tamten je o to poprosił. Tyle razy kłócili się, a potem godzili, że Jungkook był już do tego przyzwyczajony i nie mógł zrozumieć słów Jimina, kiedy ten w końcu przyznał, że młodszy nic dla niego nie znaczy. 

Tak jakby jego serce nagle przestało bić, zamieniło się w kawałek szkła i rozbiło z hukiem o podłogę. Jakby on cały nagle zaczął się rozpadać, każda cząsteczka jego umysłu wędrująca w inną stronę, jak najdalej od szczęścia. 

Uznał to za głupi żart, za jakiś zakład, który zaproponowali Jiminowi jego drudzy koledzy. Ci, którzy nie zadawali się z Jungkookiem. Codziennie bombardował go SMS-ami aż do późnej nocy. 

Wymyślał nowe formy przeprosin, czasem poddawał się i wyszukiwał w Internecie najgorzej brzmiące wyzwiska, którymi potem obsypywał Jimina. A kiedy czuł się zupełnie zdołowany, wysyłał starszemu fragmenty piosenek miłosnych, które kiedyś razem słuchali.


"I don't love you like I loved you yesterday."
Dopiero rok później zdał sobie sprawę z tego, jaki był żałosny. Jak bardzo czuł się samotny i jak z czasem to uczucie zaczęło mu się coraz bardziej podobać. Nadal kochał Jimina, nadal tak samo mocno, ale już nie tak desperacko, jak kiedyś. Pozwolił, by obrazy chłopaka o pucołowatych policzkach przemykały mu przed oczami kiedy próbował zasnąć, kiedy szedł do szkoły, czy kiedy robił z mamą zakupy. 

Teraz także na to pozwolił, chociaż obraz, który widział przed oczami, nie był już tak realistyczny, jak kiedyś. Z wielu powodów. Kontury twarzy Jimina stały się zamazane, a szczegóły, takie jak pieprzyki, czy sterczące osobno pasemka włosów, zanikły. Kolejną sprawą był czas. Przecież Jimin, którego pamiętał Jungkook, ten niski, pulchny Jimin, nie mógł być tym samym Jiminem, na którego profil czasem natrafia, przeglądając Facebooka. Przypadkiem oczywiście, nie jest przecież jakimś stalkerem. Zupełnie przypadkiem dowiedział się, że Jimin zaczął palić, niechcący zobaczył zdjęcia, na których przytula się z jakąś chudą dziewczyną o farbowanych włosach. 

Przecież już mu przeszło.

Westchnął, kiedy zrozumiał, że jego wspomnienia już dawno zastąpione ulepszonymi kopiami. Jimin nie był idealny. Nikt nie był idealny. 

Przeciągnął się, przewracając na brzuch. Zamknął wszystkie myśli związane z Jiminem w specjalnej szufladce, przeznaczonej tylko dla niego. Tej z małym czerwonym serduszkiem przyklejonym pod klamką. Wyciągnął z kieszeni telefon i jednym ruchem odblokował ekran. Żadnych powiadomień. Żadnych wiadomości. Żadnych nieodebranych połączeń. Nic. Właściwie mógłby wymienić swój bezużyteczny smartfon na zwykłą empetrójkę. 

Jedyną osobą, z którą utrzymywał kontakt, był jego internetowy przyjaciel, albo raczej znajomy, Taehyung, ale Jungkook i tak bardzo rzadko z nim rozmawiał, nie chcąc się narzucać. Nie chciał być kimś, kto wykorzystuje innych, by móc się wyżalić. Sam był tak kiedyś wykorzystywany, więc wiedział jak bardzo jest to irytujące. Taki jednostronny związek, w którym jedna ze stron mogła w każdej chwili być wymieniona choćby na poduszkę. 

Dlatego nigdy nie zaczynał rozmów, nigdy nie odpowiadał na pytanie "co tam?", nigdy nie mówił o swoich problemach, ani w ogóle o swoim życiu. Czuł się, jakby był osobą zbędną w życiu Taehyunga. Plamą na ulubionym swetrze, której nie da się sprać, więc po prostu trzeba z nią żyć. 

Nienawidził tego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz