Pierwszy raz spędzał Sylwestra sam. Znaczy, nie do końca sam, po
prostu czuł się samotny. Czuł się w rodzinnym domu Phila jak intruz, a
nie przyjaciel rodziny. Do północy miał jeszcze sporo czasu, a każda
minuta dłużyła mu się niesamowicie. Wolałby zostać w domu, naprawdę być
sam. Przespać ten wieczór, albo może zdołować się bardziej, całonocnym
przeglądaniem Tumblra.
Cała rodzina siedziała na dole, oczekując
pierwszych fajerwerków, tylko on siedział na strychu, przeglądając stare
zdjęcia, starannie posegregowane w albumy przez mamę Phila.
Niektóre
miały lekko ponad sześć lat, ich pierwsze wspólne święta. Znali się
wtedy dopiero od trzech miesięcy, a już byli ze sobą tak blisko.
Wszystkie momenty dokładnie pamiętał, nawet te, które pani Lester
uwieczniła bez ich wiedzy.
Uśmiechnął się lekko i przewrócił kartki.
Impreza
halloweenowa. Znali się od... dwóch miesięcy? A już wtedy byli
najlepszymi przyjaciółmi. Phil, z kocimi uszami i wąsami, narysowanymi
krzywo kredką do oczu, był jeszcze wtedy wyższy od niego.
Kilka stron do przodu - Floryda.
To
chyba właśnie wtedy zrozumiał, jak bardzo ważną osobą jest dla niego
Phil i pomimo tak doskonałej okazji, postanowił, że go jednak nie utopi.
Zamknął album i otworzył go ponownie na ostatnich kartkach.
Japonia.
Phil codziennie wysyłał mamie nowe zdjęcia, żeby się nie martwiła.
Śmiał się wtedy z niego, przecież byli razem, bezpieczni.
Nowszych zdjęć było znacznie więcej, chociaż większość i tak pochodziła ze świątecznych kolekcji.
2011 rok.
Ubierają
razem ogromną choinkę. Phil obwiązał go wtedy całego złotą girlandą, a
na głowę położył stroik. On wtedy był dla niego najpiękniejszym
drzewkiem świątecznym.
Półtora roku później - Nowy Jork.
Nigdy
wcześniej nie widział tego zdjęcia. Siedział na ławce sam, karmiąc
gołębie. Był uśmiechnięty, mimo że nie przepadał za tak bliskim
kontaktem z naturą.
Zdjęcie obok.
Dan nadal siedzi na ławce,
w ręce trzyma połowę bułki. Phil stoi za nim, oplatając go rękami wokół
szyi, zmusza Dana do szerszego uśmiechu.
Zamknął album i cisnął go w kąt.
Wszystkie uśmiechy zniknęły.
Oparł się plecami o ogromne, zakurzone pudło i zamknął oczy. Był w końcu mężczyzną, nie powinien płakać z byle powodu.
Tylko że Phil nie był byle powodem.
Od
ponad sześciu lat był całym jego światem, powodem do życia, do
uśmiechu, do robienia czegokolwiek innego, prócz leżenia. I Dan nie
myślał o tym, że jego prywatne Słońce kiedyś wygaśnie. Że zacznie się
oddalać i zatrzyma się w takim punkcie, gdzie on będzie je jeszcze
widział, ale ono nie będzie go już mogło ogrzewać.
Zaczęło się
niecały rok temu, Phil zaczął się zmieniać. Bardzo powoli, ale Dan to
zauważał. Co prawda, nadal był wiecznie roześmiany, ale to nie była ta
sama radość. Nadal spędzał z nim mnóstwo czasu, oglądając Bake Off, ale
nie robił tego już tak chętnie, traktował to jak marnowanie czasu, by
zadowolić swojego przyjaciela.
Coraz częściej wychodził z domu bez
niego, spotykał się z nowymi ludźmi, nie wracał na noc, wyjeżdżał
gdzieś, aż pewnego dnia przyprowadził ją do ich mieszkania.
Dana
już nie obchodziło to, czy wrócił tylko na chwilę, czy zostanie na
dłużej, nie miał nawet ochoty się witać, po pewnie zaraz znowu będzie
musiał się żegnać.
Podniósł wzrok dopiero wtedy, gdy na środku
salonu stanęła drobna blondynka, zasłaniając mu telewizor. Rzucił jej
wrogie spojrzenie, uśmiechając się przy tym wyjątkowo sztucznie. Nie
zrobiła mu nic złego, a mimo to czuł dziwną niechęć, jakby to była jej
wina, że jego jedyny przyjaciel próbuje się ustatkować.
Była z nimi też dzisiaj. Była w centrum zainteresowania rodziny, tak samo, jak Dan był kilka lat temu.
Żałował,
że nigdy nie powiedział Philowi tego, co czuł. Zawsze go odtrącał,
trzymał na dystans, nawet kiedy ten chciał pokazać mu, jak bardzo mu
zależy. Wszelkie drobne sygnały Dan automatycznie odrzucał, starał się
ignorować, traktować jako wybryk swojej własnej wyobraźni.
Ale
teraz... mogło by być właśnie tak. Phil mógłby się do niego nieśmiało
przysuwać, robiąc miejsce swojemu bratu, który wcale nie miałby w
planach siadania obok nich. Mógłby przytulać się do jego pleców, kiedy
razem robiliby świeżą porcję pierników. Mógłby przypadkowo porozwieszać
jemiołę po całym domu, a potem krążyć w te i we wte, czatując na
młodszego.
Położył się na podłodze, podłożył ręce pod głowę i obserwował czyste jeszcze niebo przez okno dachowe.
Pięć...
Cztery...
Trzy...
Dwa...
Jeden...
Niebo
zapełniło się małymi, wielokolorowymi iskierkami. Stłumione huki
docierały do jego uszu wyjątkowo dobrze. Światełka rozbłyskiwały,
tworzyły wielkie ogniste kopuły i po chwili znikały w ciemności.
Z daleka to wyglądało tak pięknie.
Szczupła postać zawisła nad nim, zasłaniając niebo, ale nie przeszkodziło mu to, widoki nadal miał piękne, tym razem z bliska.
- Zawsze cię kochałem - mruknął cicho, nie widząc, czy może się uśmiechnąć. Pewnie zwykłe "szczęśliwego nowego roku" załatwiłoby sprawę, ale z jakiegoś dziwnego powodu mózg Dana zdecydował się na taki, a nie inny dobór słów.
-
Wiem - Phil przekręcił głowę lekko na bok, żeby jego włosy mogły swobodnie
wisieć w powietrzu. - Ona też wie... widziała szybciej niż ja - postawił
na ziemi dwa kieliszki z szampanem, jeden już prawie pusty.
- Czyli?
- Czyli możesz - przykucnął przy nim i zmrużył oczy, czekając na noworoczny pocałunek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz