sobota, 4 lutego 2017

iv

Troye okupował wolny pokój już od prawie dwóch miesięcy. Nie sprawiał większych problemów, jadł, co mu dano, nie ciął się, nie hałasował, nie uciekał po nocach, czasem nawet posprzątał dom.

Connorowi się to podobało. Miał przyjaciela i dziecko w jednym. Załatwił mu dorywczą pracę, żeby mógł się jakoś utrzymać, ale nie kazał dzielić się kosztami utrzymania mieszkania. Za jedzenie też przeważnie nic nie chciał, chyba że Troye wyciągnąłby go do jakiejś restauracji, wtedy wyjątkowo pozwalał mu za siebie zapłacić.

Connor często brał Troye'a ze sobą, by ten pomógł mu nakręcić jakiś krótki materiał, pomagał mu obsługiwać się kamerą, a raz nawet namówił go, by to on był po drugiej stronie obiektywu.

Wspólne dni mijały szybko, a oboje stawali się coraz bardziej szczęśliwymi ludźmi. Tak po prostu na siebie działali. Gdy Troye był w pracy, Connor montował filmy, by każdy wieczór mieć zarezerwowany tylko dla przyjaciela. Często rozmawiali, ale nigdy o przeszłości, nigdy o rodzinach, ani związkach.

- Wydaje mi się, że nawet za mną nie tęsknią - wyżalił się pewnego dnia Troye. - Nawet nie próbują mnie ściągnąć do domu.

Gospodarz próbował za wszelką cenę pokazać młodszemu, że Los Angeles to miejsce dla niego. Gdy tylko pogoda była odpowiednia, zabierał go na plażę w Santa Monica, siadał obok niego na piasku i wpatrywał w ocean. Troye nigdy nie patrzył na wodę, zawsze na niego, bo zachwyt Connora wydawał mu się jeszcze piękniejszy, niż to, nad czym się zachwycał.

Słońce powoli zachodziło, a wiatr stawał się zimny i nieprzyjemny. Wtedy siadali niemalże na sobie i czekali, aż ostatni promyk zniknie za horyzontem.

Dopiero potem schodzili się ludzie, małe grupki nastolatków ze szklanymi butelkami w rękach, knajpy na promenadzie ożywały, a w niebo zawsze wznosiło się co najmniej kilka lampionów.

Za pierwszym razem Troye był onieśmielony całą tą wielkością miasta i dobrymi nastrojami ludzi, ale później zaczęło mu się podobać. Coraz częściej wychodził z domu, poznawał przyjaciół Connora, coraz częściej się uśmiechał.

Pewnej soboty, jako że Franta dosyć dobrze znał miasto, namówił Troye'a na wycieczkę krajoznawczą... miastoznawczą. Wparował mu do pokoju równo z pierwszymi promykami Słońca i przygniótł go całym swoim ciałem.

- Wstawaj, śpiochu - wyrwał mu kołdrę i pociągnął go do góry za nadgarstki.

- Pięć minut - wystękał Troye i z powrotem opadł na łóżko.

- Dałbym ci nawet godzinę, ale nie zdążymy obejść całego miasta.

- Mam na to całe życie...

- Zamierzasz zostać u mnie całe życie?

- A nie mogę? - kąciki jego ust lekko drgnęły i w końcu otworzył oczy.

To był jeden z najlepszych dni, jakie razem przeżyli. Każdy był dobry, ale jednak ten górował nad resztą. Connor nie zabrał go w żadne miejsce, w jakie poszedłby zwykły turysta. Zabrał go na obchód po wszystkich dobrych kawiarniach w mieście. Inna sprawa, że tylko trzy uznał za godne nazwania "dobrymi kawiarniami". Później wymęczył go, buszując po sklepach. Mellet nie przepadał za zakupami nie przez Internet, ale nie narzekał, posłusznie chodził od półki do półki, aż skończył z bladokremową bransoletką na lewym nadgarstku. Nie była w jego stylu, ale prezentów się nie odrzuca, a poza tym, była całkiem ładna.

Usiedli w końcu na ławce pod ogromnym drzewem, jeszcze niepozbawionym liści, a Connor co jakiś czas wybuchał śmiechem na zupełnie pozbawione sensu żarty Troye'a.

Teraz siedzieli już w domu, popijając ciepłą herbatę. Z dala od siebie, każdy wtulony w swój koc. Na dworze było już ciemno, a w telewizji nie leciało nic ciekawego, trochę więc się nudzili.

- Nie zapytał nawet czy wszystko w porządku - wymamrotał w końcu Troye.

- Ten, dla którego tu przyjechałeś?

Odpowiedział mu tylko skinieniem głowy, a Connor westchnął.

- Olej go.

- Właśnie to robię - uśmiechnął się.

Nastała niezręczna cisza, zakłócana tylko szelestem przewracanych kartek kolorowego czasopisma Franty. Młodszy rzucał mu co jakiś czas krótkie spojrzenia i udawał, że bardzo interesuje go ten dziwny, nieprzedstawiający nic konkretnego obrazek na ścianie przed nim.

- Co czytasz? - zagadał.

- Nawet nie wiem - zaśmiał się nerwowo.

- Och...

- Robię tylko coś, żeby na ciebie nie ciągle nie patrzyć.

- Och...
Connor wrócił do gazety, ignorując całkowicie wlepione w niego niebieskie oczy.

- Um... - Troye wstał pomału i usiadł na podłokietniku jego fotela. - Dlaczego nie chcesz na mnie patrzyć?

- Nie powiedziałem, że nie chcę.

- To popatrz - złapał go delikatnie pod brodę i zmusił do kontaktu wzrokowego, a potem szybko puścił i zaśmiał cicho. - Przepraszam.

- Mogę cię pocałować? - nie spuszczał z niego oczu.

- Och... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz