Wstał dziś dwie godziny później, niż zwykle. Niedopuszczalne
przesunięcie w harmonogramie. A nie, jednak nie, przecież była sobota...
Odsłonił
ciężkie zasłony, pozwalając by promienie porannego słońca oblały
sypialnię. Mimo że w powietrzu nie zawirował kurz, jak to zwykł robić w
filmach, widok tworzących się na ścianach cieni był zachwycający.
Zaspany
zszedł na dół, postawił wodę na kawę i skierował się ku łazience,
zabierając ze sobą różowy ręcznik w disneyowskie księżniczki (nie
pytajcie). Otworzył drzwi i jego twarz pochłonęła gęsta, ciepła para.
Przyjemne uczucie. Coś huknęło pod prysznicem, aż szyby się zatrzęsły.
Mokre włosy Troye'a przykleiły się do szkła, o które się teraz opierał.
-
Przepraszam - zmieszał się domownik i pośpiesznie zamknął drzwi. - Nic
nie widziałem, jakby co - dodał przez dziurkę do klucza, w której
klucza, jak na złość, akurat nie było.
- Pedofil! - dopadł go głos z drugiej strony ciemnych drzwi. Brzmiał na raczej rozbawionego, a nie złego.
Nie
minęło nawet pięć minut, kiedy chłopak wyszedł, cały czerwony na
twarzy. Franta obserwował każdy jego ruch, i mimo że wiedział, iż
wprowadza go tym w niepotrzebne zakłopotanie, nie miał z tym większego
problemu.
- Wyglądasz w moich ubraniach lepiej, niż ja sam - powiedział z udawanym oburzeniem.
Faktycznie,
biały t-shirt i szara bluza, a do tego ciemne, przetarte w kilku
miejscach dżinsy wydobywały z Troye'a jego naturę modela.
- Dzięki.
Salon wypełnił się aromatem świeżo zaparzonej kawy.
- Z mlekiem czy bez mleka? - Connor postawił na blacie dwa ciemnoczerwone kubki z grubej porcelany.
-
Zdam się na ciebie, nigdy nie piłem kawy - usiadł niepewnie na wysokim
barowym stołku, jakby bał się, że gospodarz zaraz go skarci, zbije lub
wywali za drzwi.
Pan domu zaczął powoli, z uczuciem,
ubijać mleko. Boże, jak go to uspokajało. Dwie łyżki cukru, biała
pianka, trochę cynamonu na wierzch, czekoladowa rurka i druga obok, taka
zwykła, czerwona, żeby pasowała do koloru naczynia. Mógłby być
baristą... co jak co, ale ze zwykłej kawy potrafił zrobić prawdziwy
majstersztyk.
Niebieskooki tylko się temu przyglądał i
szczerze mówiąc, nie mógł nadziwić. Znaczy, widział już prawdziwych
baristów, ale nigdy nie widział, żeby ktoś podchodził do takiej
codziennej czynności z taką fascynacją. Jakby poza kawą i Connorem świat
nie istniał, trochę śmieszne, jednak wciąż piękne.
- No to... opowiadaj - podsunął mu ciepły, ale już nie gorący, napój pod nos.
- Nie ma o czym... - zamieszał łyżką, niszcząc cynamonową lilię, którą zrobił dla niego starszy.
Tym
razem nie mógł już się wycofać, trzymał w domu jakiegoś młodego
chłopaka, nie wiedział skąd się tu wziął, co mu się stało, kim był, a
przecież mógł być każdym, w tych ciemnych sferach przecież nikt nie
zwraca uwagi na wiek.
- Okej, to powiedz mi chociaż,
jaki masz plan? - wziął łyka ciemnego płynu i się skrzywił, pół łyżki
mleka za mało. - Przecież nie wypuszczę cię, tylko po to, byś mógł tam
wrócić.
Niewinna twarzyczka wywoływała w sercu
gospodarza prawdziwą nawałnicę. Z jednej strony miał ochotę go
wyściskać, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że może zostać z nim
ile tylko zechce, że będzie tutaj bezpieczny. Z drugiej zaś strony,
bardzo chętnie zrobiłby mu teraz wykład na temat jego dziecinnego
zachowania. Dziecinnego? Może raczej idiotycznego.
No i jeszcze... bał się. Nie tylko o siebie.
- Muszę znaleźć dom mojego przyjaciela, mieszka tu gdzieś, w Los Angeles.
Mimo
że Troye był jego gościem od zaledwie no, nawet nie dwunastu godzin,
wizja, że miałby go zostawić tu samego, była dość przytłaczająca. Mógłby
tak codziennie wstawać z myślą, że ten delikatny promyczek będzie z
chęcią czekał na jego kawę, że będzie zajmował toaletę w najmniej
odpowiednich momentach, że będzie mógł go przykrywać ciepłym kocem i
karmić domowymi wypiekami.
- Mogę ci pomóc, znam
miasto, a na dzisiejszy dzień miałem zaplanowane tylko trzy spotkania,
dwie sesje i kilka wywiadów - obdarzył go najpiękniejszym uśmiechem, na
jaki było go stać, ale tamten nawet nie spojrzał.
- Tyle że, ja nawet nie wiem czy chcę tam jechać...
Czy to bardzo egoistyczne, że te słowa podniosły poziom jego dobrego humoru o połowę?
-
To twój przyjaciel, będzie się martwił, powinieneś go odwiedzić -
zaskoczyło go to, jak łatwo przeszło mu przez gardło kłamstwo.
- Właśnie w tym rzecz, bo widzisz... ja miałem być u niego już kilka dni temu.
Och.
- To tym bardziej, ubiorę się i możemy jechać - nadal zgrywał głupiego, aż było mu wstyd.
Oczy Troye'a nagle nabrały intensywniejszego koloru, w negatywnym sensie.
- Nawet nie zadzwonił - w oceanie zamigotały gwiazdy. - Nic. Ma mnie w dupie.
Przytulenie
go teraz nie byłoby niczym złym czy podejrzanym, ale jednak wolał się
powstrzymać. Nie, nie wolał, po prostu... dziwne uczucie.
-
To ty zadzwoń do niego - łza ściekała powoli po policzku Troye'a, ale
to Connor czuł się, jakby ktoś właśnie bawił się jego wnętrznościami. -
Albo wsadzę cię w samochód i wygarniesz mu wszystko prosto w twarz.
- Dziękuję - na jego twarzy w końcu pojawił się cień uśmiechu. Przetarł oczy. - Dziękuję za wszystko...
- Connor - wystawił rękę. - Właściwie, to już wczoraj się witaliśmy.
-
Troye, ale chyba już to wiesz - mocnym szarpnięciem przyciągnął go do
siebie nad blatem i przytulił tak delikatnie i tak szybko, że Connor
mógłby to uznać za wybryk własnej wyobraźni. - Przepraszam - powrócił do
mieszania zimnej już kawy, raz po raz uderzając metalem o wnętrze
kubka.
- To było... miłe - naprawdę było, aż za bardzo, jak na taki błahy gest. - Opowiesz mi o tym przyjacielu?
- Nie.
To
już nie było takie miłe, jednak zestresowany Troye był równie piękny,
co wystraszony Troye, czy smutny Troye, więc nie robiło to Francie
żadnej różnicy.
- To ktoś więcej, prawda? - i nagle
ten krótki moment, w którym ich ramiona się złączyły, zaczął tracić
swoją wartość, był wręcz momentem bolesnym, takim, który nie miał prawa
się się wydarzyć w tej rzeczywistości.
- To, że jestem
homo, nie znaczy, że mam ochotę przelecieć cię tu i teraz, spokojnie -
szczerze, nie miał pojęcia skąd u Melleta taka reakcja, czyżby
powiedział o dwa słowa za dużo?
- Um... dziękuję - roześmiał się nerwowo.
- I nic? - podniósł głowę, zerkając niepewnie na lokatora.
- A co niby miałoby być?
- No... nie wiem - zmieszał się, ale widać było, że dwutonowy kamień właśnie spadł mu z serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz