sobota, 4 lutego 2017

iii

Wstał dziś dwie godziny później, niż zwykle. Niedopuszczalne przesunięcie w harmonogramie. A nie, jednak nie, przecież była sobota...

Odsłonił ciężkie zasłony, pozwalając by promienie porannego słońca oblały sypialnię. Mimo że w powietrzu nie zawirował kurz, jak to zwykł robić w filmach, widok tworzących się na ścianach cieni był zachwycający.

Zaspany zszedł na dół, postawił wodę na kawę i skierował się ku łazience, zabierając ze sobą różowy ręcznik w disneyowskie księżniczki (nie pytajcie). Otworzył drzwi i jego twarz pochłonęła gęsta, ciepła para. Przyjemne uczucie. Coś huknęło pod prysznicem, aż szyby się zatrzęsły. Mokre włosy Troye'a przykleiły się do szkła, o które się teraz opierał.

- Przepraszam - zmieszał się domownik i pośpiesznie zamknął drzwi. - Nic nie widziałem, jakby co - dodał przez dziurkę do klucza, w której klucza, jak na złość, akurat nie było.

- Pedofil! - dopadł go głos z drugiej strony ciemnych drzwi. Brzmiał na raczej rozbawionego, a nie złego.

Nie minęło nawet pięć minut, kiedy chłopak wyszedł, cały czerwony na twarzy. Franta obserwował każdy jego ruch, i mimo że wiedział, iż wprowadza go tym w niepotrzebne zakłopotanie, nie miał z tym większego problemu.

- Wyglądasz w moich ubraniach lepiej, niż ja sam - powiedział z udawanym oburzeniem.

Faktycznie, biały t-shirt i szara bluza, a do tego ciemne, przetarte w kilku miejscach dżinsy wydobywały z Troye'a jego naturę modela.

- Dzięki.

Salon wypełnił się aromatem świeżo zaparzonej kawy.

- Z mlekiem czy bez mleka? - Connor postawił na blacie dwa ciemnoczerwone kubki z grubej porcelany.

- Zdam się na ciebie, nigdy nie piłem kawy - usiadł niepewnie na wysokim barowym stołku, jakby bał się, że gospodarz zaraz go skarci, zbije lub wywali za drzwi.

Pan domu zaczął powoli, z uczuciem, ubijać mleko. Boże, jak go to uspokajało. Dwie łyżki cukru, biała pianka, trochę cynamonu na wierzch, czekoladowa rurka i druga obok, taka zwykła, czerwona, żeby pasowała do koloru naczynia. Mógłby być baristą... co jak co, ale ze zwykłej kawy potrafił zrobić prawdziwy majstersztyk.

Niebieskooki tylko się temu przyglądał i szczerze mówiąc, nie mógł nadziwić. Znaczy, widział już prawdziwych baristów, ale nigdy nie widział, żeby ktoś podchodził do takiej codziennej czynności z taką fascynacją. Jakby poza kawą i Connorem świat nie istniał, trochę śmieszne, jednak wciąż piękne.

- No to... opowiadaj - podsunął mu ciepły, ale już nie gorący, napój pod nos.

- Nie ma o czym... - zamieszał łyżką, niszcząc cynamonową lilię, którą zrobił dla niego starszy.

Tym razem nie mógł już się wycofać, trzymał w domu jakiegoś młodego chłopaka, nie wiedział skąd się tu wziął, co mu się stało, kim był, a przecież mógł być każdym, w tych ciemnych sferach przecież nikt nie zwraca uwagi na wiek.

- Okej, to powiedz mi chociaż, jaki masz plan? - wziął łyka ciemnego płynu i się skrzywił, pół łyżki mleka za mało. - Przecież nie wypuszczę cię, tylko po to, byś mógł tam wrócić.

Niewinna twarzyczka wywoływała w sercu gospodarza prawdziwą nawałnicę. Z jednej strony miał ochotę go wyściskać, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że może zostać z nim ile tylko zechce, że będzie tutaj bezpieczny. Z drugiej zaś strony, bardzo chętnie zrobiłby mu teraz wykład na temat jego dziecinnego zachowania. Dziecinnego? Może raczej idiotycznego.

No i jeszcze... bał się. Nie tylko o siebie.

- Muszę znaleźć dom mojego przyjaciela, mieszka tu gdzieś, w Los Angeles.

Mimo że Troye był jego gościem od zaledwie no, nawet nie dwunastu godzin, wizja, że miałby go zostawić tu samego, była dość przytłaczająca. Mógłby tak codziennie wstawać z myślą, że ten delikatny promyczek będzie z chęcią czekał na jego kawę, że będzie zajmował toaletę w najmniej odpowiednich momentach, że będzie mógł go przykrywać ciepłym kocem i karmić domowymi wypiekami.

- Mogę ci pomóc, znam miasto, a na dzisiejszy dzień miałem zaplanowane tylko trzy spotkania, dwie sesje i kilka wywiadów - obdarzył go najpiękniejszym uśmiechem, na jaki było go stać, ale tamten nawet nie spojrzał.

- Tyle że, ja nawet nie wiem czy chcę tam jechać...

Czy to bardzo egoistyczne, że te słowa podniosły poziom jego dobrego humoru o połowę?

- To twój przyjaciel, będzie się martwił, powinieneś go odwiedzić - zaskoczyło go to, jak łatwo przeszło mu przez gardło kłamstwo. 

- Właśnie w tym rzecz, bo widzisz... ja miałem być u niego już kilka dni temu.

Och.

- To tym bardziej, ubiorę się i możemy jechać - nadal zgrywał głupiego, aż było mu wstyd.

Oczy Troye'a nagle nabrały intensywniejszego koloru, w negatywnym sensie.

- Nawet nie zadzwonił - w oceanie zamigotały gwiazdy. - Nic. Ma mnie w dupie.

Przytulenie go teraz nie byłoby niczym złym czy podejrzanym, ale jednak wolał się powstrzymać. Nie, nie wolał, po prostu... dziwne uczucie.

- To ty zadzwoń do niego - łza ściekała powoli po policzku Troye'a, ale to Connor czuł się, jakby ktoś właśnie bawił się jego wnętrznościami. - Albo wsadzę cię w samochód i wygarniesz mu wszystko prosto w twarz.

- Dziękuję - na jego twarzy w końcu pojawił się cień uśmiechu. Przetarł oczy. - Dziękuję za wszystko...

- Connor - wystawił rękę. - Właściwie, to już wczoraj się witaliśmy.

- Troye, ale chyba już to wiesz - mocnym szarpnięciem przyciągnął go do siebie nad blatem i przytulił tak delikatnie i tak szybko, że Connor mógłby to uznać za wybryk własnej wyobraźni. - Przepraszam - powrócił do mieszania zimnej już kawy, raz po raz uderzając metalem o wnętrze kubka.

- To było... miłe - naprawdę było, aż za bardzo, jak na taki błahy gest. - Opowiesz mi o tym przyjacielu?

- Nie.

To już nie było takie miłe, jednak zestresowany Troye był równie piękny, co wystraszony Troye, czy smutny Troye, więc nie robiło to Francie żadnej różnicy.

 - To ktoś więcej, prawda? - i nagle ten krótki moment, w którym ich ramiona się złączyły, zaczął tracić swoją wartość, był wręcz momentem bolesnym, takim, który nie miał prawa się się wydarzyć w tej rzeczywistości.

- To, że jestem homo, nie znaczy, że mam ochotę przelecieć cię tu i teraz, spokojnie - szczerze, nie miał pojęcia skąd u Melleta taka reakcja, czyżby powiedział o dwa słowa za dużo?

- Um... dziękuję - roześmiał się nerwowo.

- I nic? - podniósł głowę, zerkając niepewnie na lokatora.

- A co niby miałoby być?

- No... nie wiem - zmieszał się, ale widać było, że dwutonowy kamień właśnie spadł mu z serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz