To było zdecydowanie najdłuższe pięćset metrów, jakie w całym życiu
przeszedł. No, jeśli nie liczyć tych, które tak niechętnie przebiegał na
wf-ie, prawie wypluwając płuca. Mimo że naćpany chłopak, wyglądał
niewiele lepiej, niż sama śmierć, musiał ważyć sporo ponad pięćdziesiąt
kilogramów. I do tego ta lepka krew...
Dom otoczony
był zielenią w każdym możliwym odcieniu. Przy ceglanym murze rosły
ogromne świerki z ciemnymi igłami, tworząc dodatkowe ogrodzenie. Czarna
furtka wydawała się prowadzić w głąb jakiejś wspaniałej baśni, zupełnie
innej krainy.
Wewnątrz również panowała, tak uwielbiana
przez lokatora, harmonia. Staro wyglądające meble z ciemnego drewna
kontrastowały ze ścianami w kolorze śniegu. Nie takiego zimnego śniegu,
raczej ciepłego, ale też nie żółtego. Na ścianie wisiała ogromna plazma w
czarnej ramie, a naprzeciw niej, trochę po lewej, stał szary fotel w
stylu Sherlocka Holmesa.
To był dom, w jakim chciało
się mieszkać i którego po zaledwie kilku dniach pobytu, nie chciało się
już opuszczać. Był to miód na serce najbardziej wymagającego dekoratora
wnętrz, czy też jakiejkolwiek artystycznej duszyczki, która potrafiła
się zachwycać.
Posadził chłopaka na sofie, a sam
poszedł do kuchni po apteczkę i szklankę wody. Zrzucił po drodze buty,
przemył ręce płynem do naczyń i wrócił do salonu, zerkając tęsknie na
zdobione pudełko z pyszną kawą, stojące na blacie, oddzielającym dwa
pomieszczenia.
Usiadł na fotelu, po przeciwnej stronie szklanej ławy.
- Jak się nazywasz? - podsunął szklankę niegazowanej wody, prosto z filtra, w jego stronę.
- Troye. Troye Mellet - wziął malutkiego łyka, jakby wcale nie był spragniony, ale przecież musiał być. Może mu nie smakowało?
- Ja jestem Connor i obiecuję, że jeśli ty nie zrobisz mi krzywdy, to i ja nic złego ci nie zrobię.
Kucnął przy nowo poznanym i delikatnie podwinął rękawy jego koszuli.
Czerwone kreski tworzyły najdłuższy i najbardziej ohydny kod kreskowy,
jaki chłopak kiedykolwiek widział. Od wewnętrznej strony łokcia, aż po
sam nadgarstek, tak by żadne cięcie nie wystawało poza materiał koszuli.
Zrobiło mu się niedobrze.
- ...dlaczego? - zapytał, nie patrząc Troye'owi w oczy.
- Jestem inny - wzruszył ramionami i oparł głowę do tyłu, ciężko wzdychając.
Kontynuowanie
rozmowy chyba nie byłoby zbyt dobrym pomysłem. Pomógł ściągnąć chłopcu
koszulę, namoczył wacik w wodzie utlenionej i zaczął powoli przemywać
rany. Niektóre były świeże, ale większość zdążyła się już zabliźnić.
- Powinienem zawieźć cię do szpitala, ale pewnie tego nie chcesz - zagadał znów Connor.
- Nie potrzebuję lekarza - wyrwał rękę spod nasiąkniętego krwią wacika.
-
Masz w sobie więcej substancji odurzających, niż ja miałem przez całe
swoje życie - z powrotem wyprostował jego ramię i wrócił do pracy.
- Słaby jesteś - uśmiechnął się niemrawo.
Gdy
ręce chłopaka były już przemyte i zabandażowane, poczuł się jak bóg,
albo jak osoba, która właśnie dostała Pokojową Nagrodę Nobla.
Biała
koszula Troye'a była już do wywalenia, nawet najlepszy wybielacz nie
poradziłby sobie z taką ilością krwi. Chłopak musiał w pewnym momencie
natrafić na żyłę, spanikować i ratować się ubraniem, które przez tak
długi czas miało za zadanie odgradzać rany od świata zewnętrznego.
Znalazł
w swojej garderobie niebieski, prawie nienoszony t-shirt i uznał, że
będzie on idealnie leżał na nowym znajomym, o oczach prawie równie
błękitnych, jak sama tkanina. Wziął ze sobą również szare spodnie od
dresu, które od lat leżały bezczynnie na dnie szafy i bieliznę, którą
kupił zaledwie tydzień temu, więc nie miał okazji mieć jej jeszcze na
sobie.
- Trzymaj - położył mu ubrania na kolanach. - Przenocujesz dzisiaj u mnie.
- Huh? - chyba już zdążył zasnąć. - Nie, nie, ja już wracam... - głowa opadła mu na klatkę piersiową - ...do domu wracam.
- Do Australii? - sam zaczął go przebierać, wynajdując coraz to więcej zagojonych blizn.
- Skąd wiesz, gdzie ja mieszkam? - nie był w stanie nawet otworzyć już oczu. - To ty mnie porwałeś - pacnął go niechcący dłonią w twarz.
Czy
było to mądre zachowanie? Przechowywanie w domu zupełnie obcego
chłopaka, z kilkoma promilami we krwi, zmieszanymi z jakimś innym
gównem?
Pewnie nie, ale przecież nie mógł go tak
zostawić, a sądząc po jego przemiłej twarzyczce i uległym zachowaniu,
raczej nawet w takim stanie, nie byłby w stanie zrobić nikomu krzywdy...
no może oprócz samemu sobie.
Jedną ręką objął jego
plecy, a drugą uniósł nogi, tak, jakby miał na rękach pannę młodą.
Ułożył go w pozycji, jaka wydawała mu się najwygodniejsza, przykrył
karmelowym kocem z mikrofibry i zostawił samego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz