sobota, 4 lutego 2017

ii

To było zdecydowanie najdłuższe pięćset metrów, jakie w całym życiu przeszedł. No, jeśli nie liczyć tych, które tak niechętnie przebiegał na wf-ie, prawie wypluwając płuca. Mimo że naćpany chłopak, wyglądał niewiele lepiej, niż sama śmierć, musiał ważyć sporo ponad pięćdziesiąt kilogramów. I do tego ta lepka krew...

Dom otoczony był zielenią w każdym możliwym odcieniu. Przy ceglanym murze rosły ogromne świerki z ciemnymi igłami, tworząc dodatkowe ogrodzenie. Czarna furtka wydawała się prowadzić w głąb jakiejś wspaniałej baśni, zupełnie innej krainy.

Wewnątrz również panowała, tak uwielbiana przez lokatora, harmonia. Staro wyglądające meble z ciemnego drewna kontrastowały ze ścianami w kolorze śniegu. Nie takiego zimnego śniegu, raczej ciepłego, ale też nie żółtego. Na ścianie wisiała ogromna plazma w czarnej ramie, a naprzeciw niej, trochę po lewej, stał szary fotel w stylu Sherlocka Holmesa.

To był dom, w jakim chciało się mieszkać i którego po zaledwie kilku dniach pobytu, nie chciało się już opuszczać. Był to miód na serce najbardziej wymagającego dekoratora wnętrz, czy też jakiejkolwiek artystycznej duszyczki, która potrafiła się zachwycać.

Posadził chłopaka na sofie, a sam poszedł do kuchni po apteczkę i szklankę wody. Zrzucił po drodze buty, przemył ręce płynem do naczyń i wrócił do salonu, zerkając tęsknie na zdobione pudełko z pyszną kawą, stojące na blacie, oddzielającym dwa pomieszczenia.

Usiadł na fotelu, po przeciwnej stronie szklanej ławy.

- Jak się nazywasz? - podsunął szklankę niegazowanej wody, prosto z filtra, w jego stronę.

- Troye. Troye Mellet - wziął malutkiego łyka, jakby wcale nie był spragniony, ale przecież musiał być. Może mu nie smakowało?

- Ja jestem Connor i obiecuję, że jeśli ty nie zrobisz mi krzywdy, to i ja nic złego ci nie zrobię.

Kucnął przy nowo poznanym i delikatnie podwinął rękawy jego koszuli. Czerwone kreski tworzyły najdłuższy i najbardziej ohydny kod kreskowy, jaki chłopak kiedykolwiek widział. Od wewnętrznej strony łokcia, aż po sam nadgarstek, tak by żadne cięcie nie wystawało poza materiał koszuli.

Zrobiło mu się niedobrze.

- ...dlaczego? - zapytał, nie patrząc Troye'owi w oczy.

- Jestem inny - wzruszył ramionami i oparł głowę do tyłu, ciężko wzdychając.

Kontynuowanie rozmowy chyba nie byłoby zbyt dobrym pomysłem. Pomógł ściągnąć chłopcu koszulę, namoczył wacik w wodzie utlenionej i zaczął powoli przemywać rany. Niektóre były świeże, ale większość zdążyła się już zabliźnić.

- Powinienem zawieźć cię do szpitala, ale pewnie tego nie chcesz - zagadał znów Connor.

- Nie potrzebuję lekarza - wyrwał  rękę spod nasiąkniętego krwią wacika.

- Masz w sobie więcej substancji odurzających, niż ja miałem przez całe swoje życie - z powrotem wyprostował jego ramię i wrócił do pracy.

- Słaby jesteś - uśmiechnął się niemrawo.

Gdy ręce chłopaka były już przemyte i zabandażowane, poczuł się jak bóg, albo jak osoba, która właśnie dostała Pokojową Nagrodę Nobla.

Biała koszula Troye'a była już do wywalenia, nawet najlepszy wybielacz nie poradziłby sobie z taką ilością krwi. Chłopak musiał w pewnym momencie natrafić na żyłę, spanikować i ratować się ubraniem, które przez tak długi czas miało za zadanie odgradzać rany od świata zewnętrznego.

Znalazł w swojej garderobie niebieski, prawie nienoszony t-shirt i uznał, że będzie on idealnie leżał na nowym znajomym, o oczach prawie równie błękitnych, jak sama tkanina. Wziął ze sobą również szare spodnie od dresu, które od lat leżały bezczynnie na dnie szafy i bieliznę, którą kupił zaledwie tydzień temu, więc nie miał okazji mieć jej jeszcze na sobie.

- Trzymaj - położył mu ubrania na kolanach. - Przenocujesz dzisiaj u mnie.

- Huh? - chyba już zdążył zasnąć. - Nie, nie, ja już wracam... - głowa opadła mu na klatkę piersiową - ...do domu wracam.

- Do Australii? - sam zaczął go przebierać, wynajdując coraz to więcej zagojonych blizn.

- Skąd wiesz, gdzie ja mieszkam? - nie był w stanie nawet otworzyć już oczu. - To ty mnie porwałeś - pacnął go niechcący dłonią w twarz.

Czy było to mądre zachowanie? Przechowywanie w domu zupełnie obcego chłopaka, z kilkoma promilami we krwi, zmieszanymi z jakimś innym gównem?

Pewnie nie, ale przecież nie mógł go tak zostawić, a sądząc po jego przemiłej twarzyczce i uległym zachowaniu, raczej nawet w takim stanie, nie byłby w stanie zrobić nikomu krzywdy... no może oprócz samemu sobie.

Jedną ręką objął jego plecy, a drugą uniósł nogi, tak, jakby miał na rękach pannę młodą. Ułożył go w pozycji, jaka wydawała mu się najwygodniejsza, przykrył karmelowym kocem z mikrofibry i zostawił samego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz