sobota, 4 lutego 2017

i

Szafranowa taksówka spokojnie przemierzała szerokie ulice Los Angeles. Między szarymi Mercedesami i srebrnymi Oplami, te samochody wyglądały, jak złote rybki zaplątane w ciemne wodorosty.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Szklane budynki odbijały różowe promienie, oślepiając pasażera.

Pachniało oceanem.

Kochał to. Kochał jechać do domu, po udanym dniu, ciężkiej, ale przyjemnej i produktywnej pracy. Kochał, kiedy korony palm rozmywały mu się w oczach, pod wpływem prędkości. Kochał wtapiać się w skórzaną tapicerkę, słuchając przebojów radiowych.

Delektował się widokiem bezchmurnego nieba, niemal sztucznie zielonej trawy oraz pustych chodników.

Harmonia to było coś, czego od zawsze szukał. Wszędzie. Potrafił spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, tak, że nawet pozorny chaos stawał się nagle harmonią.

Nic więc dziwnego, że i stopniowo zwalniającą taksówkę uznał za przejaw harmonii.

- Musiałem zapomnieć o paliwie - uśmiechnął się zmieszany lekkoduch. - Tym razem kurs za darmo.

Wysiadł, wyciągnął swój, prawie pusty, czarny plecak, zarzucił go na plecy i zatrzasnął drzwi.

- Dziękuję za podwiezienie, miłego dnia.

Szybka kalkulacja pozwoliła mu stwierdzić, że jeśli do domu ma jeszcze około dwóch kilometrów, a słońce całkowicie zajdzie za jakieś piętnaście, do dwudziestu minut, to idąc nawet szybkim tempem, część drogi będzie musiał przejść w ciemnościach, zupełnie sam.

Wzdrygnął się.

Był drobny i chudy. Mięśni nigdy nie udało mu się wykształcić, właściwie nawet nie próbował tego robić. Lubił swoją delikatność i się jej nie wstydził. Często porównywał się z motylem. Bo po prostu mógł. Nawet w najcięższe dni nie pokazywał słabości, tłumił w sobie zło i cierpienie. Ale nie tak, jak inni ludzie. Nie kumulował w sobie negatywnych emocji, nie wylewał ich wszystkich naraz w najmniej odpowiednim momencie. Działał jak filtr, wyłapujący nawet najmniej istotne zalety każdej sytuacji czy osoby.

Boże, jakie to szczęście, że nie ubrał dzisiaj bardziej eleganckich butów, tylko zwykłe czarne Roshe.

Pogoda była wyjątkowo przyjemna, nie było już takiego skwaru, jak kilka godzin temu, a delikatny wiatr muskał chłopaka po twarzy. Było to trochę dziwne, że tak mało osób postanowiło z tego skorzystać. Albo pozamykali się w domach, oglądając nowy odcinek Top Model, albo buszują po centrach handlowych, w poszukiwaniu przecen, albo, w najgorszym wypadku, nadal siedzą w pracy, najprawdopodobniej w jakimś biurowcu, gdzie każdy dostaje codziennie dokładnie te same zdania.

Współczuł takim ludziom. Marnują całe swoje życie, pracując nad czymś, co przeważnie wcale ich nie interesuje. Przecież człowiek nie jest stworzony, by tylko pracował. Powinien mieć pasje, rozwijać ją, poświęcać się jej. Powinien odkrywać siebie, odkrywać świat, jego piękno. Ludzie bez hobby są ludźmi nudnymi, prawie robotami.

Włożył ręce do kieszeni, zmrok już powoli go dopadał.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby teraz założenie słuchawek, ale nie - za bardzo się bał. Muzyka aż nadto na niego wpływała, już nie raz prawie wpadł przez nią pod samochód.

Miasto tak szybko zmieniło się z pięknego muzeum, w wielki dom strachu. Nie żeby był jakimś tchórzem. Po prostu... był realistą, mieszkającym w Stanach.

Teraz ta najgorsza część - może nie slumsy, ale też nie przytulne mieszkania. Szary mur budynków, oddzielający emitujące rodzinną atmosferą, domki jednorodzinne od rozmieszczonych w odległości około pięciuset metrów od siebie willi, otoczonych małymi laskami z ogromnymi sosnami.

Tutaj najłatwiej było znaleźć narkotyki i inny syf, jeśli się chciało, oczywiście. Jeśli się nie chciało, to w sumie też. Kręcą się tu dziwne typki, próbujący opchać najnowszy towar, ale przeważnie nie są agresywni.

Byle nie patrzyć im w oczy.

Nie udało się, rozglądał się nerwowo, próbując zlokalizować źródła tłuczonych butelek, krzyków, czasem cichych płaczów.

Zatrzymał się nagle, przy wejściu do jednej z kamienic, wyjątkowo brudnej i niezadbanej.

Coś zacisnęło mu się na gardle, a potem zeszło na dół, unieruchamiając wszystkie kończyny.

Naturalnym odruchem byłaby pomoc, jakakolwiek...
911.
Uciskanie ran.
Usta-usta?
Chyba nie w tym przypadku.

Tuż pod wielką drewnianą bramą, leżał młody chłopak, wyglądał na około piętnastu lat, ale pewnie miał mniej, takie miejsca postarzają ludzi. Głowa zwisała mu do tyłu, jakby odcięta od reszty ciała, lekko wsparta ostatnim kamiennym schodem. Koszulka przesiąkła krwią. Dużą ilością krwi.

Connor stał jak wryty, dookoła nie było nikogo innego, nikogo, kto zwolniłby go z obowiązku pomocy poszkodowanemu.

- Żyjesz? - uniósł delikatnie głowę chłopaka, tak, by móc spojrzeć mu w oczy o nienaturalnie poszerzonych źrenicach.

- Mhm.

Kamień z serca.

Podniósł chłopaka i zarzucił sobie jego rękę na szyję, tak jak widział, że robią w filmach. Um, nie była to najwygodniejsza postawa, ale musiał jakoś przetransportować to dziecko do domu.

- Gdzie mieszkasz?

- W Australii - wymamrotał chuderlak.

Mocno naćpany...

Szlag by to...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz