Szafranowa taksówka spokojnie przemierzała szerokie ulice Los
Angeles. Między szarymi Mercedesami i srebrnymi Oplami, te samochody
wyglądały, jak złote rybki zaplątane w ciemne wodorosty.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Szklane budynki odbijały różowe promienie, oślepiając pasażera.
Pachniało oceanem.
Kochał
to. Kochał jechać do domu, po udanym dniu, ciężkiej, ale przyjemnej i
produktywnej pracy. Kochał, kiedy korony palm rozmywały mu się w oczach,
pod wpływem prędkości. Kochał wtapiać się w skórzaną tapicerkę,
słuchając przebojów radiowych.
Delektował się widokiem bezchmurnego nieba, niemal sztucznie zielonej trawy oraz pustych chodników.
Harmonia
to było coś, czego od zawsze szukał. Wszędzie. Potrafił spojrzeć na
wszystko z innej perspektywy, tak, że nawet pozorny chaos stawał się
nagle harmonią.
Nic więc dziwnego, że i stopniowo zwalniającą taksówkę uznał za przejaw harmonii.
- Musiałem zapomnieć o paliwie - uśmiechnął się zmieszany lekkoduch. - Tym razem kurs za darmo.
Wysiadł, wyciągnął swój, prawie pusty, czarny plecak, zarzucił go na plecy i zatrzasnął drzwi.
- Dziękuję za podwiezienie, miłego dnia.
Szybka
kalkulacja pozwoliła mu stwierdzić, że jeśli do domu ma jeszcze około
dwóch kilometrów, a słońce całkowicie zajdzie za jakieś piętnaście, do
dwudziestu minut, to idąc nawet szybkim tempem, część drogi będzie
musiał przejść w ciemnościach, zupełnie sam.
Wzdrygnął się.
Był
drobny i chudy. Mięśni nigdy nie udało mu się wykształcić, właściwie
nawet nie próbował tego robić. Lubił swoją delikatność i się jej nie
wstydził. Często porównywał się z motylem. Bo po prostu mógł. Nawet w
najcięższe dni nie pokazywał słabości, tłumił w sobie zło i cierpienie.
Ale nie tak, jak inni ludzie. Nie kumulował w sobie negatywnych emocji,
nie wylewał ich wszystkich naraz w najmniej odpowiednim momencie.
Działał jak filtr, wyłapujący nawet najmniej istotne zalety każdej
sytuacji czy osoby.
Boże, jakie to szczęście, że nie ubrał dzisiaj bardziej eleganckich butów, tylko zwykłe czarne Roshe.
Pogoda
była wyjątkowo przyjemna, nie było już takiego skwaru, jak kilka godzin
temu, a delikatny wiatr muskał chłopaka po twarzy. Było to trochę
dziwne, że tak mało osób postanowiło z tego skorzystać. Albo pozamykali
się w domach, oglądając nowy odcinek Top Model, albo
buszują po centrach handlowych, w poszukiwaniu przecen, albo, w
najgorszym wypadku, nadal siedzą w pracy, najprawdopodobniej w jakimś
biurowcu, gdzie każdy dostaje codziennie dokładnie te same zdania.
Współczuł
takim ludziom. Marnują całe swoje życie, pracując nad czymś, co
przeważnie wcale ich nie interesuje. Przecież człowiek nie jest
stworzony, by tylko pracował. Powinien mieć pasje, rozwijać ją,
poświęcać się jej. Powinien odkrywać siebie, odkrywać świat, jego
piękno. Ludzie bez hobby są ludźmi nudnymi, prawie robotami.
Włożył ręce do kieszeni, zmrok już powoli go dopadał.
Najlepszym
rozwiązaniem byłoby teraz założenie słuchawek, ale nie - za bardzo się
bał. Muzyka aż nadto na niego wpływała, już nie raz prawie wpadł przez
nią pod samochód.
Miasto tak szybko zmieniło się z
pięknego muzeum, w wielki dom strachu. Nie żeby był jakimś tchórzem. Po
prostu... był realistą, mieszkającym w Stanach.
Teraz
ta najgorsza część - może nie slumsy, ale też nie przytulne mieszkania.
Szary mur budynków, oddzielający emitujące rodzinną atmosferą, domki
jednorodzinne od rozmieszczonych w odległości około pięciuset metrów od
siebie willi, otoczonych małymi laskami z ogromnymi sosnami.
Tutaj
najłatwiej było znaleźć narkotyki i inny syf, jeśli się chciało,
oczywiście. Jeśli się nie chciało, to w sumie też. Kręcą się tu dziwne
typki, próbujący opchać najnowszy towar, ale przeważnie nie są
agresywni.
Byle nie patrzyć im w oczy.
Nie udało się, rozglądał się nerwowo, próbując zlokalizować źródła tłuczonych butelek, krzyków, czasem cichych płaczów.
Zatrzymał się nagle, przy wejściu do jednej z kamienic, wyjątkowo brudnej i niezadbanej.
Coś zacisnęło mu się na gardle, a potem zeszło na dół, unieruchamiając wszystkie kończyny.
Naturalnym odruchem byłaby pomoc, jakakolwiek...
911.
Uciskanie ran.
Usta-usta?
Chyba nie w tym przypadku.
Tuż
pod wielką drewnianą bramą, leżał młody chłopak, wyglądał na około
piętnastu lat, ale pewnie miał mniej, takie miejsca postarzają ludzi.
Głowa zwisała mu do tyłu, jakby odcięta od reszty ciała, lekko wsparta
ostatnim kamiennym schodem. Koszulka przesiąkła krwią. Dużą ilością
krwi.
Connor stał jak wryty, dookoła nie było nikogo innego, nikogo, kto zwolniłby go z obowiązku pomocy poszkodowanemu.
- Żyjesz? - uniósł delikatnie głowę chłopaka, tak, by móc spojrzeć mu w oczy o nienaturalnie poszerzonych źrenicach.
- Mhm.
Kamień z serca.
Podniósł
chłopaka i zarzucił sobie jego rękę na szyję, tak jak widział, że robią
w filmach. Um, nie była to najwygodniejsza postawa, ale musiał jakoś
przetransportować to dziecko do domu.
- Gdzie mieszkasz?
- W Australii - wymamrotał chuderlak.
Mocno naćpany...
Szlag by to...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz