sobota, 4 lutego 2017

A1

  Chłopca obudził głośny szczęk opadającej metalowej kraty i następujący po nim hałas, w którym dało się wyróżnić pojedyncze męskie głosy.

     Otworzył oczy i mrużąc je, całkowicie nieprzystosowane do oślepiającego światła, ujrzał grupę ludzi, prawdopodobnie wpatrujących się w niego, obcych, potencjalnie niebezpiecznych. W panice zarzucił się do tyłu, uderzając głową o drewnianą skrzynię. W dziurze, w której się znajdował, obłożonej z pięciu stron metalową blachą, było jeszcze kilka takich skrzyni, jakieś worki i mniejsze pudełka. Co więcej, była tam również jedna świnia, jedna krowa i kilka kurczaków, wszystko (na szczęście) uwięzione.
   
     Zdezorientowany przykurczył kolana, opierając o nie twarz i zasłonił uszy dłońmi, zupełnie jak ukrywające się małe dziecko. Mimo tego, usłyszał, a nawet poczuł uginającą się, na skutek silnego uderzenia,  metalową podłogę, niby cienką blaszkę. Podniósł głowę - jedna z postaci stała teraz przed nim, pochylając się lekko w jego stronę. Był to ciemnoskóry młody chłopak, o ciemnych, prawie czarnych oczach. Tęga postawa i kontrastujący z nią niemrawy uśmiech, próbowały zatuszować zmęczenie.

     - Wstawaj, świeżaku! - wyciągnął dłoń.

     Newt - cóż za dziwaczne imię - zawahał się, ale nie miał zbytnio innego wyboru - chwycił przedramię chłopaka i podciągną się, ale w tym samym momencie poczuł ciepło napływające do zdrętwiałych kończyn i upadł, wbijając się kręgosłupem w krawędź skrzyni, tej samej skrzyni. Rozległy się śmiechy, ale policzki chłopca nawet się nie zarumieniły. Podniósł się, przekładając ciężar ciała na dłonie, którymi podparł się o pechowe pudło.

     - Jestem Alby - czarnoskóry poczekał aż nowy wstanie i ponownie wyciągnął dłoń. Na jego twarzy nie było widać ani rozczarowania, ani złości, ani cienia rozbawienia. - A to... - drugą ręką zatoczył okrąg, pokazując grupę osób, stojących wokół dziury - ...Streferzy. Sami chłopcy, więc mam nadzieję, że nie jesteś lowelasem.

     - Newt - stanowczo, ale delikatnie uścisnął dłoń Alby'ego, która w porównaniu z jego gładką i miękką dłonią, wydawała się zbyt szorstka i zniszczona, jak na tak młodego mężczyzny.

     Pierwszy z dziury wyszedł Alby, by pomóc nowemu podciągnąć się na górę. Newt opadł kolanami na chłodną trawę zroszoną rosą. Podnosząc się, odruchowo otrzepał mokre spodnie. Wyprostował się, wyginając plecy w łuk, a jego wzrok powędrował na ogromne szare mury, porośnięte pnączami bluszczu, które otaczały go z każdej strony i ciężko byłoby ich nie zauważyć. Wysokie na kilkanaście metrów kamienne ściany tak zafascynowały chłopaka, że nie spuścił z nich oczu przez dobrą minutę i pewnie dłużej by tak stał, jak wryty, gdyby Alby nie położyłby mu dłoni na ramieniu:

     - Witaj w Strefie - i zostawił Newta samego, w myślach przywołującego sobie budzący strach, obraz skalnej pułapki: ściany tworzyły idealny kwadrat i otaczały może kilkuhektarowe pole ziemi. W każdej ze ścian, dokładnie po środku, była szczelina, a właściwie trochę szerszy przesmyk, idący od podłoża do samej góry, tworząc wyjście do ciemnego korytarza.

     Newt był ta bardzo skołatany, że nie zauważył, kiedy reszta Streferów się rozeszła. Po prostu usiał na ziemi, skrzyżował nogi i ukrył twarz w dłoniach. Nie było mu smutno czy przykro, właściwie było mu... obojętnie. Sądząc po budowie ciała, mógł mieć około piętnastu lat, więc powinien czuć cokolwiek, powinien mieć życie, wspomnienia. Próbował skupić się na swojej rodzinie, ale nie mógł przywołać żadnej znajomej twarzy, żadnej historii, faktu, kompletnie nic, zupełnie jakby dopiero dzisiaj się urodził. Ma na imię Newt i jest... tutaj - to wszystko, co wiedział i czego teraz się kurczowo trzymał.

     Nie wpadł w panikę, poczuł jedynie, jak wielki, ciężki kamień osiada gdzieś między sercem, a jelitami. Zalała go fala bezradności, tsunami bezsilności, a przez już zrujnowany teren, przeszło tornado beznadziejności.

***

     Wrócił Alby.

     - Doszedłeś do siebie? - uklęknął obok.

     - Chyba - uśmiechnął się Newt, sam nie wiedział dla czego, wyrwany z rozmyśleń o sytuacji, w której się znalazł, choć tak naprawdę jego mózg przestał dawać jakiekolwiek sygnały jakieś pół godziny temu, od tamtego momentu, blondyn tylko bujał się w przód i w tył. - Co...

     - Bez pytań - przerwał starszy. - Chodź, wszystko ci wyjaśnię.

     Tym razem już bez wahania Newt posłuchał Alby'ego i niemal natychmiast się poderwał. Szli ramię w ramię, w kierunku lasu, który na pierwszy rzut oka składał się tylko z rzadko posadzonych dębów i kilku brzóz. Zatrzymali się na jego skraju i dopiero teraz Newt zauważył, że las położony jest w jednym z narożników Strefy, im bliżej złączenia dwóch ścian, tym drzewa rosły gęściej, a wszystkie miały podobną wysokość, wyglądało to trochę nienaturalnie.

     - Nie przerywaj, nie panikuj, nie mdlej, ogay? - bardziej rozkazał, niż poprosił Alby.

     Newt tylko kiwnął głową.

     - Jesteś w Strefie. Nie pamiętasz niczego, prócz swojego imienia... - Newt ponownie kiwnął głową - ...jak my wszyscy zresztą. Tam - wskazał na jedną z tajemniczych przerw między ścianami - jest labirynt czyli śmierć. Tam nigdy nie idziesz - zrobił pauzę, obserwując reakcję świeżaka, ale po nie niezwykłym przytaknięciu, którego Alby się nie spodziewał, stawiał raczej na ataki szału, płaczu, gniewu lub agresji, kontynuował. - Umieścili nas tu Stwórcy, czyli nie wiadomo kto. Nie wiemy po co. Każdy przybył tu Pudłem, tak samo, jak ty dzisiaj. Co miesiąc przysyłają nam nowego Strefera i rzeczy, które są nam potrzebne. Co miesiąc oprowadzam innego świeżaka, jak ciebie teraz, szczęśliwcu. Tu mieszkamy, żyjemy, pracujemy i szukamy wyjścia. Jutro znajdziemy ci jakąś robotę i miejmy nadzieję, że się polubimy - już miał odchodzić, ale zawrócił. - Aha, i mamy tu kilka zasad. Po pierwsze: nie idziesz do labiryntu nigdy, nie masz nawet ochoty tam wejść, może się palić i walić, ale ty zostajesz tu, w Strefie. Po drugie: podnieś na kogoś z nas rękę, a wtedy automatycznie zmusimy się do złamania pierwszej zasady, będziesz w łaskach labiryntu.

     Newt miał taki mętlik w głowie, że nawet gdyby chciał, nie był w stanie zadać żadnego pytania.

     - Dziś wieczorem będzie uczta powitalna - dodał Alby. - Polubisz kuchnię Patelniaka, albo będziesz głodował. A teraz idź się ogarnij, bo wyglądasz jak kawał klumpu.

***

     Do wieczora Newt zdążył oswoić się z nową sytuacją, co było nadzwyczaj szybkim czasem, ponoć pobił rekord w wylaksowaniu, czyli, jak się dowiedział - wyluzowaniu. Poznał już kilku innych Streferów, ale żadnego imienia nie zapamiętał, nie był nawet pewny, czy którykolwiek miał jakieś imię.

     Zapadł całkowity zmrok i buchnęło ognisko. Atmosfera była naprawdę przyjazna, chwilami Newt czuł się, jak w domu, jak wśród rodziny, jednak obserwował to wszystko z bezpiecznej odległości. Do siedzącego samotnie blondyna podszedł niewysoki Azjata. Newta chwilę zaskoczyło, że poznał, skąd pochodził. Prawdopodobnie nigdy nie był Azji, a jednak o niej pamiętał. Nie pamiętał rodziców, a pamiętał leżącą na drugim końcu świata Azję.

     - Minho - skośnooki usiadł na pieńku, nie patrząc na blondyna.

     - Newt.

     To był koniec ich rozmowy, całą kolację przesiedzieli w odosobnieniu, obserwując, jak inny zajmowali się jedzeniem czegoś, co przypominało rozwodnione błoto, rozmową, a przede wszystkim zabawą, co dla każdego świeżaka było niedorzeczne. Zsunął się z pnia, na którym siedział, kawałkiem gałązki rysował okręgi na piasku, ale w końcu zasnął z nadzieją, że obudzi się w domu, w czystej, ciepłej pościeli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz