Na widok zdartych palców chłopca,
kosmetyczka pewnie by się popłakała, a nieprofesjonalny lekarz
zleciłby amputację, ale tylko ból utrzymywał go przy zdrowych
zmysłach (haha do tych, co czytali książki). Tylko wiecznie
pozdzierane płytki paznokci były dowodem, że labirynt naprawdę
istnieje, a on naprawdę jej w nim uwięziony i tylko taki
kalendarz udowadniał, że dni faktycznie mijają, że nie są jednym
nieskończonym, czy raczej zatrzymanym, okresem czasu, czy też
niewiarygodnie długą godziną. Chociaż już nie raz chłopak
przyłapywał się na tym, że przed zamknięciem wrót, kilka razy
zaczynał dłubanie w kamieniu.
- Wielki dzień, co, sztamaku? - niespodziewane uderzenie w plecy niemal nie powaliło anemicznie wyglądającego blondyna, który tylko uśmiechnął się w odpowiedzi na pytanie.
W ogóle, co to miało być za
pytanie? Bo brzmiało raczej, jak marna próba nawiązania nudnej
konwersacji. Boże, przecież jest tu zamknięty z tymi ludźmi, nie
może się od nich izolować, przecież są niemalże rodziną...
patologiczną.
Oczywiście, że wielki dzień. Po
raz pierwszy od dwudziestu dni gapienia się w te durne, puste
ściany, będzie miał okazję wyjść z tej równie pustej i durnej
polany i obejrzeć te same cholerne mury, tyle że od zewnątrz. A
właściwie od zewnątrz wewnątrz, ale to lepsze niż nic.
***
Dziś na otworzenie bram czekało
zaledwie trzech Zwiadowców łącznie z Newtem. Dlaczego? Przecież
zawsze z takim entuzjazmem dawali się pochłonąć murom labiryntu.
Nigdy nie zbliżał się do wrót
na odległość mniejszą niż dwie długości swojej prowizorycznej
drabiny, inaczej pragnienie ucieczki z tego miejsca, mogłoby go
zgubić. Teraz, dosłownie czując chłód kamienia i widząc
pojawiającą się na przedramieniu gęsią skórkę, czuł że żył,
a przynajmniej, że nie jest martwy.
Zawód to mało powiedziane, po niecałej godzinie spędzonej w cieniu kamiennych bloków, chłopak czuł, że umiera, że nie zrobi już ani jednego kroku. Nie miało to żadnego wpływu ze zmęczeniem, ta pułapka męczyła go psychicznie, każdy korytarz był do siebie identyczny, na ledwo widocznym niebie nie pojawiała się ani jedna chmurka, jedna chmurka, a zadziałałaby jak zastrzyk adrenaliny. Czuł się jak w jakimś wyjątkowo okropnym horrorze, w którym przemierza korytarze nieskończonego hotelu klaunów, pokój za pokojem, każdy taki sam, można dostać niezłej schizy... rzygał już tą niezmiennością.
- Co my tu w ogóle robimy? – zapytał cicho, jakby sam do siebie, jakby faktycznie dostał halucynacji.
Alby i Minho natychmiast się
zatrzymali, czekali na znak nowego, jak dwa tresowane nietoperze,
gotowe wyłapać nawet najcichszy szmer.
- Właściwie nie robimy nic, przebiegliśmy tą samą trasę już 5 razy, nie zauważyłeś? - czarnoskóry oparł się plecami o ścianę i powoli zsunął na ziemię, w ostatniej chwili krzyżując nogi. Jego przyjaciel zrobił tak samo. Wyglądali teraz jak małe dzieci, czekające na polecenia przedszkolanki.
- Właśnie w tym problem, że
zauważyłem – czuł się niezręcznie, patrząc z góry na
przywódców całej Strefy.
- Więc o co chodzi? - uśmiechnął
się wyjątkowo sztucznie Minho, jakby ktoś powiesił go za
policzki na sznurku do wieszania prania. - Masz ochotę na kolejną
rundkę?
- Dlaczego my to robimy? Dlaczego
wy to robicie? - cisnął Newt, ignorując postawę Minho,
który szczerze mówiąc, powoli zaczynał mu działać na nerwy.
- Usiądź – nakazał Alby.
- Nie będę siadał, kiedy to ode
mnie zależy uwolnienie całej Strefy!
- Ależ z ciebie bohater, smrodasie
– wtrącił się Minho. - Siadaj natychmiast!
- W porządku – uniósł dłoń
Alby, stawiając między zwiadowcami niewidzialną barierę. - Jak
myślisz, jak wielki jest ten labirynt?
- Tak wielki, że w trzy miesiące
wciąż nie daliście rady odnaleźć wyjścia, przebywając w nim
cały dzień – prychnął chuderlak, a skośnooki już zdążył
się odbić pięściami od dzielącej ich bariery.
- Widzisz, to nie tak... mamy tu 8
sekcji, każda wielkości mniej więcej naszej Strefy, która
znajduje się pośrodku, w centrum. Sporządziliśmy plany każdej
sekcji, w każdym dniu miesiąca i zauważyliśmy pewien system –
ściany każdej nocy zmieniają swoje położenie, aż po 28
dniach, w dniu przybycia nowego świeżaka, wracają do swojego
pierwszego ustawienia, i tak w kółko.
- Czyyyyli?
- Czyli, że stąd nie ma wyjścia,
idioto! - zerwał się Mihno, a jego gałki oczne błyszczały od
łez, które usilnie starał się powstrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz