sobota, 4 lutego 2017

mental breakdown

Nie miał ochoty jeść, nie miał ochoty wstawać, nie miał ochoty żyć.

Znowu.

Chciał tylko schować się pod kołdrą i płakać.

Wypłakiwać całe oceany słonych łez.

Ale przecież nie miał nawet powodu. 

Żył i miał się dobrze. Nie miał większych problemów. Chyba w ogóle żadnych.

Miał za to plany. Hobby. Przyjaciół. Zespół. Fanów. Piękny umysł. Pieniądze, które i tak ponoć szczęścia nie dają.

Nie brakowało mu niczego... chyba.

Co więc sprawiło, że znów czuł się jak kurz w królewskim pałacu? 

Znaczy, śmieć na ulicy Nowego Yorku.

Prawie nic nie widział zza wodnej kurtyny, jaka przysłoniła jego gałki oczne. Nawet nie płakał. Tylko chciał.

Kolejny dzień bez śniadania, kolejne trzy marne godziny snu, kolejna dawka leków.

I tak od trzech miesięcy.

Był słaby psychicznie, a teraz jeszcze osłabiony fizycznie. 

Treningi, które tak bardzo kochał, tylko wszystko pogarszały, ale przecież nie mógł odpuścić.

Przywiązywał się do ludzi, nawet za bardzo.

Pragnął widzieć ich uśmiechy, pragnął wywoływać uśmiechy. 

Tak bardzo potrzebował zwykłego przytulenia, wysłuchania.

Ale nie chciał też nikogo obarczać swoją obecnością.

Znaczy, próbował dać znać o swoim stanie, ale nikt nie zwracał na to uwagi.

Bo przecież Tae, to wiecznie uśmiechnięte dziecko, zawsze musi tryskać energią.

W jego głowie wirowało tysiące myśli naraz, dobrych myśli, ale czuł się zupełnie pusty.

Porównywał siebie do innych i to go niszczyło.

Demotywowało.

Jakby ktoś w jednej chwili zabrał mu cały zapał, całe chęci.

W pokoju było ciemno i zimno, specjalnie wyłączył grzejnik.

Ręce miał jak z lodu, nie mógł nimi normalnie poruszać, jakby część, a może nawet cała krew z nich odpłynęła, zastąpiona wodą gazowaną. 

Czoło za to miał rozpalone, tak samo jak policzki, ale nie był chory, nie fizycznie, psychicznie w sumie raczej też nie.

Mijała kolejna godzina, a on nadal wpatrywał się ciemność.

Nie pomagało nic.

Kolejna płyta ulubionego zespołu.

Zero poprawy.

Uczył się dobrze, może i bardzo dobrze, ale zawsze był o krok w tyle, nie dorównywał reszcie. 

Bolało go to strasznie, nie znosił porażek, nie znosił bycia rezerwowym, drugim w kolejce.

Ale też nigdy nie uważał się za najlepszego, nie starał się nawet.

Stresował się wszystkim.

Dosłownie.

Wszystko go przytłaczało, wżerało w umysł, dekoncentrowało.

Ogarniała go bezsilność.

I nagły spokój.

Niczym nieuzasadniony. 

Każdy, nawet najmniejszy błąd był równoznaczny z jednodniową depresją, obwinianiem się i generalnym załamaniem. 

A popełniał ich wiele.

I czuł się z tym źle. 

Ale dziś nie chodziło o błędy.

Właściwie nie wiedział, o co chodziło.

Wydawało mu się, że po prostu nie jest nic warty. Że nikt się nim tak naprawdę nie interesuje. Że nie ma nikogo bliskiego. Że jest odpowiedzialny za całe zło. Że jest tylko wrzodem, że powinien był już dawno się wycofać, schować za kurtyną. 

Co ciekawe, nie miał powodu, by tak sądzić.

Fakt faktem, to jego najbardziej kochały fanki.

Serce łamały mu zwykłe, neutralne gesty, brak reakcji, podejrzewane znudzenie drugiej osoby.

Takie pierdoły, a ból tak wielki.

Bolały go również nieodwzajemnione uśmiechy, czy samochody, które nie puściły go na pasach. Szydzące z innych dzieci. Wielcy krytycy.

I powtarzało się to coraz częściej.

Ciepłe łzy, przesiąkające zimną poszewkę poduszki.

I cały dzień nosił ze sobą najszczerszy uśmiech, by pod wieczór zrozumieć, jak bardzo jest obojętny tym wszystkim, którym oddałby wszystko, a nawet więcej.

Swoją drogą, jak można człowieka pytać "dlaczego się tak szczerzy"?

To chyba dobrze, że jest szczęśliwy, nawet bez powodu.

Jeżeli faktycznie jest szczęśliwy.

Przypominał sobie te wszystkie piękne momenty w zespole, te, które chętnie przeżyłby jeszcze raz, uśmiechał się, ale nadal czuł się żałośnie.

Tak bardzo się starał, a wciąż pozostawał ignorowany, odpychany, jak zawsze.

Tyle chciałby powiedzieć, wyrazić swoją wdzięczność, radość, smutek.

Ale... komu?