wersja bb

- Rozmawiaj ze mną, po prostu.

- Przecież to robię.

- Wcale, że nie robisz.

- Hej, Phil, ładną mamy dziś pogodę, nieprawdaż? - oparł policzek na swojej dłoni, a łokcie położył na blacie.

- Jesteś okropny - zachichotał kruczowłosy i strzepnął mu grzywkę na oczy.

- Ty też - próbował zdmuchnąć pasmo, zasłaniające mu widok przyjaciela.

Przez kawiarnię przewinęły się chyba dwie osoby, ale żadna z nich nic nie zamówiła, i wracając do rzeczy, których Phil nienawidzi - nienawidzi też takich osób, które robią sprzedawcy nadzieję, a potem wychodzą bez słowa, bo coś im się nie spodobało, najczęściej cena. Takie zachowanie wydawało mu się strasznie niemiłe, ale przecież nie każdy tapla się w złocie i różach.

- Kiedy Cat się wprowadza?

- Jak weźmiesz resztę rzeczy.

- Przecież wziąłem już wszystko - popatrzył na swoją walizkę, zastanawiając się czy aby na pewno nie zostawił nic w mieszkaniu, żadnego gadżetu, prezentu od Phila, jakiejś pary czarnych butów?

Nie, raczej nie, przecież większość drobiazgów rozstawionych w salonie i tak należała do Lestera, a nawet jeśli coś było jego, nie zależało mu już. I tak zostawił większość płyt, figurek i kubków. Zabrał tylko te, które miał jeszcze przed zamieszkaniem w Londynie.

- W takim razie jutro.

- Super.

- Wiem, że bardzo się cieszysz - uśmiechnął się łagodnie Phil. - Ale przysięgam ci, to nie zmieni naszej przyjaźni.

- Już zmieniło - znowu spojrzał na walizkę.

- Chodzi mi o uczucia, Dan.

- One też się zmienią.

Popatrzyli sobie w oczy, ale żaden nie czuł się tym skrępowany, już tyle razy widzieli swoje oczy. Radosne, smutne, zapłakane.

- Pociąg odjeżdża za dwie minuty - podniósł się z miejsca młodszy i chwycił za rączkę walizki.

- Ja wezmę - wyrwał mu ją i podciągnął pod sam wagon, ściskając tak mocno, że zbielały mu knykcie, które i tak były już wystarczająco blade.

- To... do zobaczenia?

- Do zobaczenia - puścił walizkę i rzucił się na Dana, prawie wpychając go pod pociąg.

- Philly - zaśmiał się cicho chłopak, ale wewnątrz już od dawna zalewał się łzami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz